Jan z Siecina Krasicki
Pułkownik Jan Krasicki (1785–1848)
Bohater Napoleona, powstaniec listopadowy i ziemianin z Malczewa
„Wybiła godzina, gdzie każdy prawy Polak albo polec, albo wolnym być musi…”
Wędrując dziś po Malczewie, Karsewie i Ruchocinie, próżno szukać śladów pułkownika Jana Krasickiego i jego rodziny. Nie istnieje już dwór w Malczewie, w którym mieszkał i gospodarował po zakończeniu wojennej służby. Nie ma również dworku w Karsewie, gdzie zakończył swoje życie. Bezpowrotnie zniknął także pałac w Ruchocinie, w którym po latach zmarła jego żona, Sylwia z Prądzyńskich Krasicka. Nawet rodzinny grobowiec Gutowskich przy kościele w Mielżynie nie zachował już trumien, wśród których spoczęła ich córka Władysława z Krasickich Gutowska. Czas nie oszczędził dworów, pałaców ani miejsc pamięci. Pozostał jednak najważniejszy świadek minionych wydarzeń – kamienny nagrobek Jana Krasickiego i jego żony Sylwii przy kościele św. Jakuba Apostoła w Niechanowie. To właśnie w tej świątyni pułkownik przez lata uczestniczył w niedzielnych nabożeństwach, a dziś spoczywa obok swojej małżonki. Niewielu odwiedzających zdaje sobie sprawę, że pod tą skromną płytą spoczywa człowiek, który przemierzył z bronią w ręku niemal całą Europę, walczył pod rozkazami Napoleona, otrzymał Legię Honorową i stanął do walki o wolność Ojczyzny podczas powstania listopadowego.

Grafika wykonana na podstawie portretu olejnego Jana Krasickiego.
Historia Jana Krasickiego jest jedną z tych opowieści, które mogłyby stać się kanwą powieści historycznej. Los rzucił go na pola bitew Hiszpanii, Austrii, Saksonii, Rosji i Francji. Widział triumfy Wielkiej Armii Napoleona, przeżył jej klęskę, walczył w szeregach Wojska Polskiego Królestwa Polskiego, a po latach ponownie chwycił za broń podczas powstania listopadowego. Kiedy wojenne kampanie dobiegły końca, zamienił szablę na pług i stał się jednym z najbardziej nowoczesnych gospodarzy w okolicach Niechanowa.
Był jednak nie tylko żołnierzem. Zachowane listy ukazują go jako człowieka niezwykle wrażliwego – kochającego męża, troskliwego ojca i patriotę, dla którego obowiązek wobec Ojczyzny często oznaczał bolesną rozłąkę z rodziną. Obok niego stoi druga bohaterka tej opowieści – Sylwia z Prądzyńskich Krasicka, kobieta, która przez ponad trzydzieści lat dzieliła z nim zarówno chwile szczęścia, jak i doświadczenia wojny, niepewności oraz prowadzenia rodzinnego majątku.
To właśnie ich własne słowa, zachowane w korespondencji, pozwalają po blisko dwustu latach zajrzeć do świata, który dawno przeminął.
Młodość przyszłego pułkownika
Młodość przyszłego pułkownika
Jan Jakub Krasicki urodził się 21 czerwca 1785 roku w rodzinie pieczętującej się herbem Rogala. Dorastał w czasach jednych z najbardziej dramatycznych w dziejach Rzeczypospolitej. Gdy miał zaledwie dziesięć lat, trzeci rozbiór Polski położył kres istnieniu państwa polskiego. Pokolenie, do którego należał, wkraczało w dorosłość już pod panowaniem zaborców, lecz wśród wielu młodych szlachciców nie gasła nadzieja na odzyskanie niepodległości.
Podobnie jak wielu jego rówieśników wybrał drogę wojskową. Pierwsze doświadczenia zdobywał w armii cesarstwa austriackiego, służąc w 1. Galicyjskim Pułku Ułanów. Dla młodego Polaka była to nie tylko możliwość zdobycia wojskowego wykształcenia, lecz także szansa poznania nowoczesnej organizacji armii i zasad prowadzenia działań wojennych. Trudno było wówczas przypuszczać, że już wkrótce los postawi go po przeciwnej stronie frontu.
Przełomowym momentem w jego życiu okazała się wojna V koalicji w 1809 roku. Jan Krasicki uczestniczył w kampanii włoskiej w szeregach armii austriackiej dowodzonej przez arcyksięcia Karola Ludwika Habsburga. Przeciwnikiem Austriaków był korpus francusko-włoski dowodzony przez Eugeniusza de Beauharnais, pasierba Napoleona i wicekróla Włoch.
Pierwszym poważnym sprawdzianem bojowym młodego ułana była bitwa pod Sacile, stoczona 16 kwietnia 1809 roku nad rzeką Tagliamento. Starcie zakończyło się zwycięstwem wojsk austriackich, lecz dla Jana Krasickiego miało dramatyczny przebieg. W czasie walk został ciężko ranny kulą w pierś, a następnie dostał się do niewoli francuskiej. Rana okazała się na tyle poważna, że przez dłuższy czas dochodził do zdrowia pod opieką dawnych przeciwników.
Paradoksalnie właśnie pobyt w niewoli stał się punktem zwrotnym jego życia.
Latem 1809 roku został zwolniony. W tym czasie sytuacja polityczna w Europie zmieniała się niezwykle szybko. Napoleon, odnosząc kolejne sukcesy militarne, dążył do rozbudowy polskich formacji wojskowych. 8 lipca 1809 roku wydał dekret o utworzeniu II Legii Nadwiślańskiej, przeznaczonej do służby u boku armii francuskiej.
Krasicki nie został do tego zmuszony. Przeciwnie – dobrowolnie zdecydował się opuścić szeregi armii austriackiej i związać swoją przyszłość z wojskiem polskim organizowanym przez Napoleona. 22 lipca 1809 roku wstąpił do II Legii Nadwiślańskiej.
Była to decyzja, która zaważyła na całym jego dalszym życiu.
Trudno o bardziej symboliczny początek wojskowej kariery. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej walczył pod sztandarami cesarza Austrii przeciwko wojskom francuskim. Po odniesionej ranie, pobycie w niewoli i odzyskaniu wolności sam stanął w szeregach armii Napoleona. Od tej chwili jego nazwisko miało już na zawsze związać się z dziejami polskich formacji walczących u boku cesarza Francuzów.
Pod sztandarami Napoleona
Decyzja o wstąpieniu do II Legii Nadwiślańskiej otworzyła przed Janem Krasickim nowy rozdział życia. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej walczył jeszcze jako oficer armii austriackiej przeciwko wojskom Napoleona. Teraz sam zakładał mundur polskiej formacji pozostającej na służbie cesarza Francuzów.
22 lipca 1809 roku rozpoczęła się służba, która miała przynieść mu wojskową sławę, ale również kolejne rany, niewolę i najwyższe francuskie odznaczenie.
W latach 1810–1812 Krasicki, już w stopniu kapitana, służył w 4. Pułku Piechoty Legii Nadwiślańskiej, dowodząc kompanią grenadierów I batalionu. Była to elitarna formacja, której żołnierze uchodzili za jednych z najlepszych w armii napoleońskiej. Dowództwo kompanii grenadierów powierzano oficerom odznaczającym się nie tylko odwagą, ale także doświadczeniem i umiejętnością utrzymania dyscypliny.
O tym, jak postrzegali go współcześni, świadczy wspomnienie oficera Legii Nadwiślańskiej Tadeusza Zabielskiego, który pozostawił barwny opis swojego towarzysza broni:
„Wojownik młody, wzrostu i ułożenia dobrego, dobrze wychowany, brunet, szczęśliwy w podobaniu się kobietom, co czasem przydawało mu się w wyjściu z opresji.”
To krótka charakterystyka mówi o Janie więcej niż niejeden oficjalny raport. Widzimy nie tylko odważnego oficera, lecz również człowieka obdarzonego ujmującym sposobem bycia i naturalnym urokiem osobistym. Trudno nie odnieść wrażenia, że był postacią, którą łatwo zapamiętywano.
Hiszpania – prawdziwa szkoła wojny
Wkrótce 4. Pułk Piechoty Legii Nadwiślańskiej został skierowany na Półwysep Iberyjski.
Dla żołnierzy Napoleona wojna w Hiszpanii należała do najcięższych kampanii całej epoki. Walki toczyły się niemal bez przerwy, a obok regularnych armii przeciwnikiem była również niezwykle skuteczna partyzantka.
Na polach Aragonii i Katalonii Jan Krasicki po raz kolejny znalazł się w samym środku działań wojennych.
Tam również odniósł drugą ciężką ranę.
Po kuli, która przeszyła jego pierś pod Sacile, przyszło kolejne doświadczenie.
Podczas walk został cięty pałaszem w głowę.
Była to rana, która mogła zakończyć jego wojskową karierę.
Tak się jednak nie stało.
Po raz kolejny wrócił do służby.
To właśnie w Hiszpanii narodziła się także wieloletnia przyjaźń Jana Krasickiego z Heinrichem von Brandtem – pruskim oficerem, który później został generałem, pisarzem i cenionym teoretykiem wojskowości. Znajomość zawarta wśród huku armat przetrwała aż do śmierci obu oficerów.
Nie zdążył na Moskwę
Na początku 1812 roku, gdy Napoleon rozpoczął przygotowania do wojny z Rosją, oddziały Legii Nadwiślańskiej zostały odwołane z Hiszpanii do Francji.
Większość legionistów dotarła tam już pod koniec marca i wraz z Wielką Armią ruszyła na wschód.
Los sprawił jednak, że 4. Pułk Piechoty Legii Nadwiślańskiej, w którym służył Krasicki, maszerował znacznie wolniej.
Do Poznania dotarł dopiero w październiku 1812 roku.
Pułk został skierowany do odwodu i nie uczestniczył w marszu na Moskwę.
Był to jeden z tych paradoksów historii, które trudno przewidzieć.
Tysiące żołnierzy Wielkiej Armii zginęło podczas odwrotu spod Moskwy.
Krasicki uniknął tego losu.
Nie oznaczało to jednak końca jego wojennych doświadczeń.
Rogoźno – pierwszy wielki sprawdzian
Do walki jego pułk wkroczył dopiero podczas odwrotu wojsk napoleońskich.
10 lutego 1813 roku w okolicach Rogoźna powierzono mu niezwykle odpowiedzialne zadanie osłony wycofujących się oddziałów.
Rosjanie dowodzeni przez księcia Michaiła Woroncowa, wspierani artylerią, nacierali z wyraźną przewagą.
Według przekazu Teodora Żychlińskiego to właśnie Jan Krasicki osłaniał odwrót pułku.
Uczynił to z takim spokojem i umiejętnością, że kolumna wycofała się bez utraty ani jednego wozu i ani jednego jeńca.
We wsi Boguniewo jego kompania zadała nacierającym Rosjanom tak dotkliwe straty, że przeciwnik zaniechał dalszego pościgu aż do Obornik, a następnie Poznania.
Był to jeden z pierwszych momentów, kiedy nazwisko Jana Krasickiego zaczęło pojawiać się w relacjach opisujących przebieg kampanii.
Od Wittenbergi do Legii Honorowej
Po walkach w Wielkopolsce szlak bojowy zaprowadził go przez Berlin do Wittenbergi, gdzie zbiorczy Pułk Nadwiślański został skierowany do obrony twierdzy.
Podczas jednego z pruskich szturmów sytuacja obrońców stała się niezwykle niebezpieczna.
Napastnicy podeszli pod same umocnienia i rozpoczęli wycinanie palisad.
Krasicki otrzymał rozkaz natychmiastowego kontrataku.
Poprowadził swoją kompanię do uderzenia bagnetami, odrzucił nieprzyjaciela od wałów i wziął licznych jeńców, których wprowadził do twierdzy.
To właśnie te wydarzenia, a także wcześniejsze zasługi pod Rogoźnem, sprawiły, że zwrócił na siebie uwagę samego Napoleona.
Po bitwie pod Lützen, podczas przeglądu załogi Wittenbergi, cesarz miał zapytać generała Jeana Girarda:
„Qui est ce bel homme?”
„Kim jest ten piękny człowiek?”
Generał przypomniał cesarzowi nazwisko Krasickiego oraz jego czyny pod Rogoźnem i Wittenbergą.
Napoleon miał odpowiedzieć krótko:
„Et sans décoration?”
„I bez odznaczenia?”
Nazajutrz Jan Krasicki został zaproszony na obiad do generała.
Pod serwetą przy swoim nakryciu znalazł Krzyż Legii Honorowej.
Było to najwyższe odznaczenie, jakie cesarz Francuzów mógł nadać oficerowi za męstwo na polu walki.
Powrót do Wielkopolski
Jesienią 1813 roku Jan Krasicki wrócił do Poznania. Za sobą miał cztery lata nieprzerwanej służby w armii Napoleona, dwie ciężkie rany odniesione na polach bitew, niewolę francuską, a następnie rosyjską, udział w kampaniach Hiszpanii i Niemiec oraz świeżo otrzymany Krzyż Legii Honorowej. Miał zaledwie dwadzieścia osiem lat, lecz doświadczeniem wojennym przewyższał wielu starszych od siebie oficerów.
Po zwolnieniu z rosyjskiej niewoli na słowo honoru otrzymał pozwolenie na wyjazd do Poznania. Zachowało się rosyjskie świadectwo z 16 listopada 1813 roku, wydane z rozkazu głównodowodzącego armii, zezwalające podpułkownikowi Janowi Krasickiemu udać się do miejsca zamieszkania w stolicy Wielkopolski. Dla oficera, który jeszcze kilka tygodni wcześniej walczył pod Lipskiem i cudem uniknął śmierci, rozpoczynał się zupełnie nowy etap życia.
Dom Prądzyńskich
Los sprawił, że właśnie w Poznaniu nastąpiło wydarzenie, które okazało się ważniejsze niż wszystkie dotychczasowe awanse i odznaczenia.
Jak zanotował Teodor Żychliński, Jan Krasicki został wprowadzony do domu Stanisława Kostki Prądzyńskiego, prokuratora przy Najwyższym Trybunale w Poznaniu. Był to dom cieszący się dużym autorytetem, skupiający przedstawicieli wielkopolskiej inteligencji urzędniczej i ziemiaństwa.
Tam poznał córkę gospodarzy – Sylwię Zuzannę Prądzyńską.
Nie wiemy, jak wyglądało ich pierwsze spotkanie. Źródła milczą również o tym, jak długo trwały ich zaręczyny. Wiadomo jednak, że znajomość bardzo szybko przerodziła się w trwałe uczucie, które połączyło ich na całe życie.
Ślub odbył się 18 czerwca 1814 roku w poznańskim kościele św. Marcina. Jan Krasicki występuje w akcie małżeństwa jako podpułkownik Wojska Polskiego, a świadkami ceremonii byli Józef Poniński, prefekt Departamentu Poznańskiego, oraz Andrzej Gorzyński, prezes Trybunału Pierwszej Instancji. Sam dobór świadków pokazuje, jak wysoką pozycję społeczną zajmowały rodziny państwa młodych.
Sylwia
Sylwia, urodzona w 1798 roku, była córką Stanisława Kostki Józefa Prądzyńskiego i Marcjanny Marianny z Bronikowskich. Wychowała się w rodzinie o silnych tradycjach patriotycznych i obywatelskich, utrzymującej bliskie związki z wieloma znamienitymi rodami Wielkopolski. W kręgu jej krewnych znajdowali się między innymi Bronikowscy, Moszczeńscy, Ponińscy oraz liczni przedstawiciele rodu Prądzyńskich.
W tym samym środowisku obracał się również Ignacy Prądzyński, późniejszy generał i jeden z najwybitniejszych dowódców powstania listopadowego. Między Janem Krasickim a Ignacym zrodziła się przyjaźń, która z czasem została umocniona więzami rodzinnymi.
W źródłach znacznie częściej mówi się o Janie niż o jego żonie. Tym cenniejsza pozostaje charakterystyka pozostawiona przez Teodora Żychlińskiego, który pisał o Sylwii jako o kobiecie „rzadkiego rozumu”, obdarzonej ujmującą uprzejmością i niezwykłą siłą charakteru.
Podkreślał, że nigdy nie zachwiała się w wypełnianiu swoich obowiązków i z jednakowym spokojem znosiła zarówno tragedie narodowe, jak i osobiste. Potrafiła z godnością stawić czoła wydarzeniom roku 1831, późniejszym niepokojom 1846 roku, a także dotkliwym stratom majątkowym.
Słowa te znajdują pełne potwierdzenie w zachowanej korespondencji małżonków. Listy Jana i Sylwii ukazują niezwykle zgodne małżeństwo oparte na wzajemnym szacunku i zaufaniu. Podczas częstych nieobecności męża to właśnie ona przejmowała obowiązki związane z prowadzeniem domu i gospodarstwa, stając się dla Jana nie tylko żoną, ale również najbliższą powierniczką i współpracownicą.
Nowy wybór
Po utworzeniu Królestwa Polskiego przed Janem Krasickim otworzyła się możliwość dalszej kariery wojskowej. Rozważał przeniesienie się do Warszawy i wstąpienie do armii Królestwa Polskiego. Dla oficera odznaczonego Legią Honorową i posiadającego bogate doświadczenie frontowe był to naturalny kierunek dalszej służby.
Plany te szybko jednak porzucił.
Nie odpowiadał mu sposób, w jaki wielki książę Konstanty Pawłowicz traktował polskich oficerów. Dla człowieka, który przez lata walczył o honor polskiego żołnierza pod sztandarami Napoleona, atmosfera panująca w wojsku Królestwa Polskiego okazała się nie do przyjęcia.
Podjął więc decyzję, która całkowicie odmieniła jego życie.
Złożył dymisję z wojska i postanowił związać swoją przyszłość z Wielkopolską.
Jak sam wspominał po latach:
„Nie miałem żadnego majątku, oprócz szpady i epoletów. Dostałem z moją kochaną Silvisią trzydzieści tysięcy złotych, za to kupiliśmy Malczewo od Ojca mojej Żony za sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych.”
Słowa te najlepiej oddają początek nowego etapu jego życia. Malczewo nie było odziedziczoną własnością, lecz majątkiem świadomie nabytym od teścia – Stanisława Kostki Prądzyńskiego. Była to decyzja oznaczająca definitywne zakończenie kariery wojskowej i rozpoczęcie działalności ziemiańskiej.
Nowy właściciel od razu przystąpił do porządkowania i rozbudowy gospodarstwa. Sam zanotował, że budowa nowych zabudowań oraz remonty pochłonęły 23 800 złotych – sumę znaczną nawet jak na ówczesne realia. Nie zamierzał jedynie mieszkać w odziedziczonym dworze. Chciał stworzyć nowoczesny i dobrze prosperujący majątek.
Już od 1818 roku zachowane księgi metrykalne parafii Jarząbkowo określają Jana Krasickiego jako dziedzica Malczewa. W następnych latach pojawia się jako właściciel Malczewa i Ćwierdziny, a później również Drachówki. Równocześnie wraz z Sylwią tworzyli rodzinę. „W kolejnych latach rodzina stopniowo się powiększała. W Malczewie przyszły na świat dzieci Jana i Sylwii: Wincenty, Gabriel, Marcjan, Julia, Władysława oraz bliźnięta Józef i Kazimierz. Los nie oszczędził jednak małżonków – dwoje dzieci, Ignacy Antoni i Jan, zmarło we wczesnym dzieciństwie.”
Po latach nieustannych marszów, bitew i wojennych obozów domem Jana Krasickiego stał się wielkopolski dwór.
Nie oznaczało to jednak końca służby.
Oznaczało jedynie, że odtąd swoje doświadczenie, energię i talent organizacyjny poświęci rodzinie, gospodarstwu oraz pracy dla społeczeństwa Wielkopolski. To właśnie tutaj, w Malczewie, miał rozpocząć drugą – nie mniej ważną – część swojego życia.
Powstanie listopadowe
W pierwszych dniach grudnia 1830 roku wiadomość o wybuchu powstania w Królestwie Polskim błyskawicznie dotarła do Wielkopolski. Dla Jana Krasickiego nie była to jedynie kolejna wiadomość polityczna. Było to wezwanie do ponownego podjęcia służby dla Ojczyzny.
Od szesnastu lat prowadził spokojne życie ziemianina. Gospodarował w Malczewie, rozwijał majątek i wychowywał wraz z Sylwią coraz liczniejszą rodzinę. Mógł pozostać w domu, tym bardziej że jako poddany króla pruskiego nie podlegał obowiązkowi służby w wojsku Królestwa Polskiego. Mimo to nie potrafił pozostać obojętny.
W liście do żony, napisanym już podczas powstania, wyjaśnił motywy swojej decyzji:
„Uznaję walkę za Ojczyznę za moją powinność; dość szesnaście lat przepędziłem gnuśne życie i musiałem cierpliwie patrzyć, jak wrogi nasze nas tyranizowali i majątki wydzierali. Wybiła godzina, gdzie każdy prawy Polak albo polec, albo wolnym być musi.”
Słowa te najlepiej oddają jego sposób myślenia. Nie wracał do wojska dla kariery ani zaszczytów. Wracał dlatego, że uważał to za swój obowiązek.
Wyjeżdżając do Warszawy pozostawiał w Malczewie Sylwię oraz kilkoro małych dzieci. Wiedział, że to na barkach żony spocznie prowadzenie domu i gospodarstwa. Po raz kolejny musiała wykazać się siłą charakteru, którą po latach tak wysoko oceniał Teodor Żychliński.
Organizator nowego pułku
Po przybyciu do Warszawy Jan Krasicki niemal natychmiast otrzymał zadanie organizacji nowego oddziału piechoty. Powierzono mu formowanie 14. Pułku Piechoty Liniowej, tworzonego na bazie 2. Pułku Województwa Kaliskiego.
Nie ograniczył się jedynie do dowodzenia.
Jak sam zapisał po latach, z własnych środków przeznaczył na wyposażenie pułku, umundurowanie oraz własny ekwipunek wojskowy około 12 000 złotych polskich. Była to ogromna suma, świadcząca o tym, że po raz kolejny gotów był poświęcić prywatny majątek dla sprawy narodowej.
Teodor Żychliński podkreślał, że należał do pierwszych ziemian Wielkiego Księstwa Poznańskiego, którzy odpowiedzieli na wezwanie powstania, narażając nie tylko własny majątek, lecz także bezpieczeństwo całej rodziny.
3 lutego 1831 roku objął dowództwo formującego się 14. Pułku Piechoty Liniowej. Niespełna trzy miesiące później, 1 maja, został awansowany do stopnia pułkownika, a dwa dni później powierzono mu dowództwo 1. Brygady 5. Dywizji Piechoty, obejmującej 3. i 14. Pułk Piechoty.
Chrzest bojowy pod Nurem
Pierwszym wielkim sprawdzianem dowodzonych przez niego żołnierzy była bitwa stoczona 23 maja 1831 roku pod Nurem.
Brygada Krasickiego osłaniała odwrót korpusu generała Tomasza Łubieńskiego, gdy na polskie oddziały uderzyły rosyjskie pułki kirasjerów wspierane przez artylerię. Była to niezwykle trudna sytuacja. Część polskiej artylerii została rozbita, a los całego zgrupowania zawisł na włosku.
Wtedy do walki wkroczyli żołnierze Krasickiego.
Sformowani w czworoboki piechurzy z 3. i 14. Pułku Piechoty z zimną krwią odparli kolejne szarże ciężkiej jazdy rosyjskiej. Mimo że znaczna część żołnierzy 14. pułku po raz pierwszy znalazła się pod ogniem nieprzyjaciela, nie załamali szyków. W wielu przypadkach walczyli jeszcze kosami, odpierając ataki doświadczonych kirasjerów.
Historycy zgodnie uznali później, że właśnie postawa brygady Jana Krasickiego uratowała korpus generała Łubieńskiego przed całkowitym rozbiciem.
Sam pułkownik pisał do Sylwii jeszcze z pola bitwy:
„Brygada moja dystyngowała się w boju i jako wielcy bohaterowie walczyli, osobliwie mój 14. Pułk, który wszystkie ataki kirasjerów wytrzymał i przez to cały korpus ocalił.”
Za bohaterstwo wykazane pod Nurem 25 maja 1831 roku Jan Krasicki został odznaczony Złotym Krzyżem Orderu Virtuti Militari.
Jeszcze dzień wcześniej z gratulacjami pospieszył jego szwagier, generał Ignacy Prądzyński, pisząc:
„Winszuję Ci z serca przedwczorajszego dnia i krzyża, który Ci jest już udzielony.”
Było to jedno z najwyższych odznaczeń wojskowych, przyznawane wyłącznie za osobiste męstwo na polu walki.
Ostrołęka
Zaledwie trzy dni później brygada Krasickiego ponownie znalazła się w centrum wydarzeń.
26 maja 1831 roku rozegrała się jedna z najkrwawszych bitew powstania listopadowego – bitwa pod Ostrołęką.
Podczas decydującego przeciwnatarcia Jan Krasicki prowadził swoich żołnierzy osobiście. Gdy walka przerodziła się w starcie na bagnety i kolby karabinów, zsiadł z konia, chwycił broń piechura i stanął na czele tyralierów.
Generał Ignacy Prądzyński wspominał później:
„Pułkownik Krasicki, waleczny oficer napoleoński, prowadząc na nieprzyjaciela 14. pułk przez siebie uformowany, zsiadł z konia, wziął karabin do ręki i jeden z pierwszych przedarł się przez szosę. Tam walcząc jak grenadier, uderzeniem kolby o ziemię powalony dostał się do niewoli.”
Brygada walczyła z niezwykłą odwagą, lecz przewaga wojsk rosyjskich okazała się zbyt duża. Krasicki został ogłuszony uderzeniem kolby karabinu i dostał się do niewoli. Wraz z nim w ręce Rosjan trafiło wielu oficerów jego brygady.
Druga niewola
Po bitwie został przesłuchany przez feldmarszałka Iwana Dybicza. Następnie przewieziono go do Bobrujska nad Berezyną, a później do Smoleńska.
Mimo niewoli nie tracił ducha. Z obozu jenieckiego pisał do Sylwii:
„Los mój wojskowy został rozstrzygniętym dnia 26 maja pod Ostrołęką; dostałem się w niewolę przy moście rzeki Narwi.”
Na początku 1832 roku odzyskał wolność jako poddany pruski i mógł wrócić do Wielkopolski. W drodze powrotnej spotkał zesłanego w głąb Rosji Ignacego Prądzyńskiego.
Powrót do domu nie oznaczał jednak końca jego cierpień.
Więzień dwóch państw
Po przekroczeniu granicy został decyzją władz pruskich skazany na wysoką grzywnę oraz sześć miesięcy twierdzy w Spandau pod Berlinem. Karę odbywał w dwóch trzymiesięcznych etapach w latach 1833–1834.
Był to gorzki paradoks losu.
Najpierw więziony przez Rosjan jako polski dowódca powstańczy, następnie przez państwo pruskie za udział w tym samym powstaniu.
Po latach wspominał:
„Rewolucja kosztowała bardzo dużo; więzienie moskiewskie i pruskie, kara pieniężna za rewolucję, koszta procesu w tejże sprawie i moje cierpienie nie są do obrachowania.”
Powrót do Malczewa
21 marca 1832 roku Jan Krasicki ponownie stanął w rodzinnym Malczewie.
Powrócił do gospodarowania, angażując się jednocześnie w działalność społeczną i gospodarczą Wielkopolski. Współtworzył Towarzystwo Rolnicze Wągrowiecko-Gnieźnieńskie, wprowadzał nowoczesne rozwiązania w rolnictwie i dzierżawił kolejne majątki, między innymi Karsewo i Żabiczyn.
Powstanie listopadowe pozostawiło jednak trwały ślad w jego życiu. Kosztowało go zdrowie, znaczną część majątku oraz kilka lat osobistych wyrzeczeń. Mimo to nigdy nie żałował podjętej decyzji. Dla Jana Krasickiego służba Ojczyźnie była obowiązkiem, którego nie można było odłożyć na później ani zastąpić spokojem życia ziemiańskiego.
Dom, który dawał siłę
Powrót do Malczewa w marcu 1832 roku oznaczał dla Jana Krasickiego nie tylko odzyskanie wolności. Po miesiącach wojny, niewoli rosyjskiej i pruskiego więzienia ponownie znalazł się wśród najbliższych – żony Sylwii i dzieci, o których przez cały czas pamiętał, nawet na polach bitew i w jenieckich obozach.
Zachowana korespondencja małżonków pozwala spojrzeć na Jana Krasickiego z zupełnie innej strony. Bohater spod Nura i Ostrołęki, odznaczony Legią Honorową oraz Orderem Virtuti Militari, w listach nie występuje jako dowódca brygady. Jest przede wszystkim kochającym mężem i troskliwym ojcem.
Już pierwszy zachowany list z Sieradza, napisany podczas organizowania 14. Pułku Piechoty, rozpoczyna słowami:
„Najdroższa Żono, Najukochańsza Sylvińciu.”
Kilka zdań dalej zapewnia żonę o swoim uczuciu i wyjaśnia, dlaczego zdecydował się ponownie chwycić za broń:
„Ja zaś uznaję to za moją powinność; dość szesnaście lat przepędziłem gnuśne życie i musiałem cierpliwie patrzyć, jak wrogi nasze nas tyranizowali i majątki wydzierali – wybiła godzina, gdzie każdy prawy Polak albo polec, albo wolnym być musi.”
Nie mniej wymowny jest stosunek pułkownika do najstarszego syna Stanisława. Chociaż mógł bez trudu zapewnić mu oficerski stopień dzięki własnym wpływom, świadomie tego nie uczynił. W liście do Sylwii pisał:
„Wszyscy mi radzili, żebym Stasia podchorążym od razu zrobił, lecz przez to byłbym dał przykład najgorszy i wszyscy ojcowie i matki by tego samego ode mnie żądali.”
Dla Jana Krasickiego służba wojskowa była szkołą obowiązku, a nie miejscem rodzinnych przywilejów. Syn miał przejść tę samą drogę, którą wcześniej przeszedł ojciec.
Los sprawił jednak, że wkrótce walczyli ramię w ramię. Stanisław został adiutantem ojca i uczestniczył wraz z nim w całym szlaku bojowym 14. Pułku Piechoty. Po bitwie pod Nurem Jan z ojcowską dumą donosił Sylwii:
„Kochane Stasisko, co jest moim adiutantem, nad moje spodziewanie wytrzymał przy mnie w największym ogniu armatnim i karabinowym. Okazał wiele zimnej krwi.”
Jeszcze większe wzruszenie wywołują listy pisane po klęsce pod Ostrołęką. Jan, ciężko poturbowany i znajdujący się w rosyjskiej niewoli, nie rozpoczyna ich od opisu własnego położenia. Najbardziej martwi się o rodzinę:
„Nic mi nie brakuje, jak wiadomości od Najukochańszej Sylvińci i o moich Kochanych dzieciach.”
Kilka dni później Ignacy Prądzyński uspokajał szwagra:
„O Stasia bądź spokojny, jest zupełnie zdrów.”
W tych kilku zdaniach zawiera się cała tragedia powstania listopadowego – ojciec więziony przez Rosjan, syn nadal walczący w szeregach polskiej armii, a w Malczewie Sylwia oczekująca wiadomości o obu.
Po powrocie do domu rodzina ponownie stała się dla Jana najważniejszym celem życia. W kolejnych latach wychowywali z Sylwią dzieci, dbali o ich wykształcenie i przyszłość, starając się odbudować majątek mocno nadwyrężony przez udział w powstaniu.
Sam Jan po latach podsumował swoje życie w niezwykle przejmujących słowach zapisanych w „Zwierciadle do przekonania”:
„Poświęciłem wszystko, co mi najświętsze było – Żonę, Dziatki, majątek, zdrowie i życie moje, a spieszyłem tam, gdzie każdy prawy Polak spieszyć powinien był. Cierpiałem wiele i cierpię, a przecież nigdy tego nie żałuję.”
Trudno o bardziej szczere świadectwo człowieka, który całe swoje życie podporządkował służbie Ojczyźnie. Nie uważał się za bohatera. Pozostawił jedynie prosty rachunek własnego sumienia – przekonanie, że zrobił wszystko, co nakazywał mu honor.
Sylwia z Prądzyńskich Krasicka – wierna towarzyszka życia
Choć dzieje Jana Krasickiego obfitowały w wydarzenia wojenne i publiczne, u jego boku przez niemal pół wieku pozostawała osoba, bez której trudno wyobrazić sobie jego życie – żona Sylwia z Prądzyńskich.
Pochodziła z zasłużonej wielkopolskiej rodziny Prądzyńskich. Była córką Stanisława Kostki Prądzyńskiego i Marcjanny z Bronikowskich. Małżeństwo z Janem Krasickim zawarła w 1814 roku w Jarząbkowie, rozpoczynając wspólne życie, które miało trwać ponad trzydzieści lat i zostać naznaczone zarówno szczęściem rodzinnym, jak i dramatycznymi wydarzeniami historii.
To dzięki posagowi Sylwii młode małżeństwo mogło nabyć od jej ojca majątek w Malczewie. Jan po latach wspominał, że do małżeństwa wniósł jedynie „szpadę i epolet”, natomiast wspólnie z otrzymanym posagiem zakupili rodzinne dobra, które przez wiele lat pozostawały ich domem.
W czasie powstania listopadowego na Sylwię spadł cały ciężar prowadzenia gospodarstwa i wychowania dzieci. Gdy Jan walczył pod Nurem i Ostrołęką, a następnie przebywał w rosyjskiej niewoli, właśnie ona czuwała nad rodziną, oczekując z niepokojem każdej wiadomości od męża. Zachowane listy świadczą o niezwykłej więzi, jaka ich łączyła. Niemal każdy z nich rozpoczynał się czułym zwrotem: „Najdroższa Żono, Najukochańsza Sylvińciu”, a nawet w najtrudniejszych chwilach Jan zapewniał, że nie ma momentu, w którym nie myślałby o niej i dzieciach.
Po powrocie męża z niewoli wspólnie zmagali się z odbudową majątku i skutkami finansowymi udziału w powstaniu. Mimo licznych przeciwności wychowali liczną rodzinę, przekazując dzieciom wartości, którym Jan pozostał wierny przez całe życie – obowiązek wobec Ojczyzny, pracowitość i uczciwość.
Po śmierci Jana Krasickiego Sylwia zamieszkała u swojej córki Julii (Władysławy) i zięcia Ignacego Gutowskiego w Ruchocinie. Tam spędziła ostatnie lata życia, otoczona rodziną, której poświęciła niemal pół wieku. Zmarła 28 lipca 1862 roku. Zgodnie z wolą bliskich spoczęła obok męża na cmentarzu przy kościele św. Jakuba Apostoła w Niechanowie. Ich wspólny nagrobek pozostaje do dziś trwałym świadectwem niezwykłego małżeństwa, które wspólnie przeszło przez wojny, niewolę, rodzinne radości i życiowe przeciwności.
Patrząc na zachowaną korespondencję, trudno oprzeć się wrażeniu, że za wojennymi sukcesami Jana Krasickiego stała cicha, lecz niezwykle silna obecność Sylwii. Nie walczyła na polach bitew, nie otrzymywała odznaczeń i nie zajmowała miejsca na kartach wojskowych raportów. Była jednak osobą, do której Jan wracał myślami w każdej wolnej chwili, powierzając jej swoje troski, nadzieje i obawy. Właśnie dlatego pamięć o Janie Krasickim pozostaje nierozerwalnie związana z pamięcią o jego wiernej towarzyszce życia – Sylwii z Prądzyńskich Krasickiej.

Grób Jana i Sylwii przy kościele w Niechanowie.
Źródła archiwalne
- Archiwum Archidiecezjalne w Gnieźnie – księgi metrykalne parafii Jarząbkowo i Niechanowo.
- Teki Dworzaczka.
- Korespondencja Jana Krasickiego.
- „Zwierciadło do przekonania”.
Źródła drukowane
- Konrad Ajewski, Pułkownik Jan Krasicki (1785–1848).
- Teodor Żychliński, Złota księga szlachty polskiej