Mielżyn 1909. Za murami zakładu „pastora” Breithaupta
Chłopcy przywożeni z Berlina mieli tu otrzymać opiekę, wychowanie i szansę na nowe życie. Zamiast tego wielu z nich zetknęło się z brutalnymi karami, biciem, kajdanami i zamykaniem w ciemnych pomieszczeniach. Sprawa, która wybuchła latem 1909 roku, doprowadziła do jednego z głośniejszych procesów dotyczących nadużyć w niemieckich zakładach opiekuńczo-wychowawczych.
Zakład, który miał wychowywać
Na początku XX wieku Mielżyn, niewielka miejscowość w powiecie witkowskim, stał się miejscem wydarzeń, które odbiły się szerokim echem daleko poza granicami Wielkopolski. Powstał tu zakład opiekuńczo-wychowawczy przeznaczony dla chłopców kierowanych z Berlina. Mieli w nim przebywać młodzi ludzie, którzy z różnych powodów znaleźli się pod opieką instytucji państwowych i samorządowych.
Nie byli to wyłącznie sieroty czy dzieci pozbawione rodzin. Wśród wychowanków znajdowali się również chłopcy mający za sobą konflikty z prawem, ucieczki z wcześniejszych placówek, kradzieże i inne przewinienia. Część z nich wcześniej przebywała w zakładzie w Lichtenbergu. Do Mielżyna trafiali zatem młodzi ludzie wymagający szczególnej opieki, ale przede wszystkim odpowiedzialnego i przygotowanego personelu.
Placówka była związana ze spółką „Fürsorgestift Mieltschin”, a jej funkcjonowanie opierało się na porozumieniu z władzami Berlina. To właśnie z niemieckiej stolicy kierowano tu wychowanków. Nie oznaczało to jednak, że berliński magistrat bezpośrednio zatrudniał kierownika zakładu. Ten został wybrany przez osoby organizujące placówkę, a jego obowiązkiem było zapewnienie jej codziennego funkcjonowania.
Organizacją zakładu zajmował się pastor Matthies z Witkowa. Podczas poszukiwania odpowiedniego kierownika poznał Friedricha Breithaupta w ośrodku Hoffnungsthal pod Berlinem. Breithaupt sprawiał wrażenie człowieka, który mógł podjąć się trudnego zadania. Sam zapewniał, że zna zagadnienia wychowawcze, a doświadczenie zdobywał między innymi w Bethel, Evangelisches Johannesstift w Plötzensee i Hoffnungsthal.
Wiosną 1909 roku objął kierownictwo placówki w Mielżynie.
Warto jednak wyjaśnić pewną kwestię dotyczącą jego tytułu. W ówczesnych gazetach i relacjach sądowych Breithaupt był powszechnie określany jako „pastor”. Takiego określenia będziemy używać również w tym artykule, ale w cudzysłowie. W trakcie procesu prokurator zwrócił uwagę, że Breithaupt nie był wyświęconym duchownym. Sam oskarżony opowiadał o swoim wykształceniu teologicznym i zdanych egzaminach, jednak nie uzyskał święceń.
Kierownik bez doświadczenia, personel bez przygotowania
Już podczas procesu w Berlinie wiele uwagi poświęcono temu, w jaki sposób zorganizowano zakład i komu powierzono opiekę nad chłopcami.
Breithaupt przyznał, że przed objęciem stanowiska w Mielżynie nie pracował wcześniej w zakładzie opiekuńczo-wychowawczym. Uważał jednak, że poradzi sobie z powierzonym mu zadaniem. Liczył przy tym, że do placówki zostaną skierowani wychowankowie stosunkowo łatwi do prowadzenia. Rzeczywistość okazała się inna.
Friedrich Breithaupt urodził się w 1877 roku jako syn ewangelickiego pastora. Wychowywał się więc w domu duchownego, a jego własna droga życiowa również początkowo prowadziła ku służbie religijnej. Najpierw uczęszczał do gimnazjum, lecz przed ukończeniem nauki wstąpił do wojska jako kandydat na oficera. Służbę przerwał jednak z powodu wady serca. Wrócił wówczas do gimnazjum, zdał maturę i rozpoczął studia teologiczne. Po zdaniu pierwszego egzaminu duchownego pracował w kilku placówkach związanych z działalnością diakonijną i opiekuńczą, między innymi w Bethel koło Bielefeld, w Ewangelickim Zakładzie św. Jana w Plötzensee oraz w kolonii Hoffnungsthal pod Berlinem. Przez pewien czas zastępował także ojca w pracy duszpasterskiej.
Wiosną 1909 roku zdał drugi egzamin duchowny. Wtedy pastor Matthies z Witkowa powierzył mu kierownictwo nowo powstającego zakładu w Mielżynie. Breithaupt nie miał jednak wcześniejszego doświadczenia w samodzielnym prowadzeniu placówki dla trudnej młodzieży. Choć odbywał praktyki w instytucjach opiekuńczych, nie przeszedł specjalistycznego przygotowania do pracy wychowawczej. Co istotne, mimo że ówczesna prasa nazywała go „pastorem”, podczas procesu ustalono, że nie był duchownym wyświęconym. Sam przyznał, że nie był pastorem w ścisłym znaczeniu tego słowa.
Kierownik sam dobierał sobie pomocników. Nie wszyscy posiadali odpowiednie przygotowanie do pracy z młodzieżą. Wśród zatrudnionych znaleźli się ludzie o bardzo różnych życiorysach i doświadczeniach zawodowych.
Jednym z najważniejszych współpracowników Breithaupta był inspektor Engel. Wcześniej pracował w placówkach związanych z działalnością Bodelschwingha, między innymi w Bethel i Wietingsmoor, a następnie w Hoffnungsthal. Do Mielżyna został zaangażowany przez Breithaupta jako dozorca. W czasie procesu przyznał, że w poprzednich miejscach pracy obowiązywały ograniczenia dotyczące kar cielesnych. W najpoważniejszych przypadkach można było wymierzyć kilkanaście uderzeń rózgą, a przekroczenie dwudziestu nie było dopuszczalne.
Kolejnym ważnym pracownikiem był Wrobel, z zawodu krawiec, który w zakładzie wykonywał również polecenia związane z pilnowaniem wychowanków i stosowaniem kar. W procesie pojawiali się także Wendland, Schüler, Lang, Riemschneider i inni pracownicy.
Nie była to więc kadra złożona z doświadczonych pedagogów. Co więcej, zakład nie był jeszcze w pełni przygotowany do przyjęcia wychowanków. Brakowało między innymi odpowiedniej celi aresztowej, urządzeń kąpielowych, biblioteki i szczegółowej instrukcji służbowej. Planowano również naukę chłopców, ale ostatecznie nie zatrudniono nauczyciela.
W trakcie procesu prokurator dr Reiner zwracał uwagę, że w Mielżynie brakowało zarówno odpowiedniej organizacji, jak i właściwie przygotowanych ludzi. Jego zdaniem kierownik nie miał kwalifikacji do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji, a jego porywczość i brak opanowania prowadziły do przemocy.
Zasady wychowania i rzeczywistość zakładu
W zakładzie miały obowiązywać przepisy dyscyplinarne stosowane w berlińskiej placówce w Lichtenbergu. Ich treść została odczytana podczas procesu.
Przewidywały one stopniowanie kar. Wychowanek powinien zostać najpierw wysłuchany, a dopiero później można było zastosować odpowiedni środek dyscyplinarny. Wśród kar wymieniano ograniczenie odwiedzin rodziny, prace karne, odebranie wynagrodzenia za pracę, pozbawienie urlopu i areszt. Dopiero gdy inne środki okazywały się nieskuteczne, dopuszczano karę cielesną przy użyciu rózgi – zasadniczo do dziesięciu uderzeń, a w szczególnie poważnych przypadkach do dwudziestu.
Breithaupt twierdził, że nie otrzymał egzemplarza tych przepisów, choć wiedział, że powinny być stosowane. W czasie przesłuchania przyznał, że nie miał jasnych instrukcji i postępował według własnego uznania. Wyjaśniał, że musiał utrzymać dyscyplinę, ponieważ chłopcy próbowali uciekać, a jego zadaniem było zapobieganie takim sytuacjom.
Zeznania złożone podczas procesu pokazały jednak, że w Mielżynie praktyka karania bardzo daleko odbiegała od zasad przewidzianych w regulaminie.
Breithaupt przyznał, że w praktyce najpierw stosowano uderzenia, następnie zamknięcie, a kolejnym środkiem było ograniczenie jedzenia. Nie były to więc wyłącznie sporadyczne przypadki przekroczenia dozwolonej liczby uderzeń. Z zeznań wychowanków i pracowników wyłaniał się obraz systemu, w którym bicie i pozbawianie jedzenia stały się częścią codziennego sposobu utrzymywania posłuszeństwa.
Powrót po ucieczce – kara na powitanie
Jednym z powodów szczególnie surowego traktowania chłopców były próby ucieczek. Niektórzy wychowankowie próbowali wydostać się z zakładu już w pierwszych dniach pobytu. Po schwytaniu i ponownym przywiezieniu do Mielżyna nie mogli jednak liczyć na spokojne przyjęcie.
Wielu świadków opowiadało, że Breithaupt osobiście uczestniczył w karaniu chłopców powracających z ucieczek. Zdarzało się, że już na dworcu, podczas odbierania wychowanków, kierownik miał uderzać ich laską.
Takie zachowanie opisywali między innymi Ehrlich i Karnal. Według ich zeznań Breithaupt po przybyciu chłopców na miejsce miał od razu uderzać ich laską, szczególnie Winklera. Świadkowie podkreślali, że nie zawsze istniała przy tym wyraźna przyczyna w postaci znieważenia kierownika czy agresywnego zachowania wychowanka.
Wśród chłopców, którzy uciekli, a następnie zostali przywiezieni z powrotem, znajdowali się Ernst Graske i Auders. Ich historie stały się jednymi z najważniejszych części procesu.
Ernst Graske – sześć tygodni w kajdanach
Ernst Graske miał dwadzieścia lat. Do Mielżyna przybył w maju 1909 roku z zakładu w Lichtenbergu. Podczas procesu opowiadał, że samo jedzenie w nowej placówce było początkowo całkiem dobre, jednak stosunki z kierownictwem, zwłaszcza z Breithauptem i inspektorem Engelem, określał jako bardzo surowe.
Pewnego dnia Auders przekazał mu list z informacją, że w razie ucieczki może znaleźć schronienie u kobiety nazwiskiem Schmidt w Berlinie. Następnego ranka obaj opuścili zakład.
Po około czterech tygodniach zostali schwytani i sprowadzeni z powrotem. To, co wydarzyło się później, Graske szczegółowo opisał przed sądem.
Według jego zeznań Breithaupt najpierw uderzył go pięścią w twarz. Następnie kazano mu zdjąć ubranie, pozostawiając jedynie koszulę i spodnie. Założono mu kajdany na obie nogi, po czym inspektor Engel wymierzył mu pięćdziesiąt mocnych uderzeń pejczem.
Graske twierdził, że krzyczał z bólu, a po karze pozostały mu głębokie blizny. Następnie został zamknięty w pomieszczeniu aresztowym przez Wrobla. Do nogi przymocowano mu ciężki łańcuch, którego drugi koniec był przytwierdzony do pierścienia w murze.
Nie mógł się swobodnie położyć. Jak zeznał, przykuty do ściany w taki sposób, że nie był w stanie opuścić nogi do podłogi, musiał siedzieć na wiadrze z wodą. W tej pozycji spał.
Przez dwanaście dni miał otrzymywać jedynie kawałek chleba i litr wody rano, w południe i wieczorem. Nie podawano mu normalnych posiłków.
Na tym jednak nie kończyły się konsekwencje kary. Graske twierdził, że przez sześć tygodni, zarówno w dzień, jak i w nocy, musiał nosić kajdany na nogach. Należał do tak zwanej Strafkolonne, czyli kolumny karnej. W jej ramach wykonywał pracę fizyczną, również na polach, gdzie – jak opowiadał – godzinami pracował w mokrym błocie.
Breithaupt zaprzeczał, aby Graske został przykuty do ściany. Wrobel przyznał jednak, że taka sytuacja mogła mieć miejsce, a jeśli do niej doszło, to na polecenie kierownika.
Podczas procesu Graske demonstrował sądowi sposób, w jaki miał być skrępowany. Pokazywał, w jaki sposób łańcuch ograniczał możliwość poruszania się i uniemożliwiał położenie się na podłodze.
Szczególnie wymowne były słowa lekarza sądowego, który oceniał sposób traktowania wychowanka. Zwrócił uwagę, że połączenie ograniczenia jedzenia, skrępowania, braku możliwości prawidłowego odpoczynku i spania w mokrym ubraniu stanowiło poważne zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia. Lekarz podkreślał, że pięćdziesiąt uderzeń było karą niewspółmiernie surową.
Winkler – piwnica i ciężki łańcuch
Jednym z najbardziej poruszających świadectw było zeznanie Winklera. W jego przypadku oskarżenie dotyczyło między innymi pobić oraz bezprawnego pozbawienia wolności.
Breithaupt przedstawiał go jako wyjątkowo krnąbrnego i niewiarygodnego wychowanka. Twierdził, że chłopiec od początku zachowywał się prowokacyjnie i sprawiał trudności wychowawcze.
Winkler opowiadał natomiast o biciu, zamykaniu w piwnicy i stosowaniu ciężkiego łańcucha. W jego relacji pojawiły się również bardzo wysokie liczby uderzeń. W pewnym momencie mówił o 660, a następnie o 888 uderzeniach, które – według własnego rachunku – miał otrzymać w zakładzie.
Nie wszystkie te liczby można traktować jako niezależnie potwierdzone przez sąd. Były one częścią jego zeznań, a obrona kwestionowała wiarygodność świadka. Istotne jest jednak to, że inne osoby potwierdzały część opisywanych przez niego okoliczności.
Winkler opowiadał o karach za drobne przewinienia, między innymi za siadanie podczas obierania ziemniaków. Według jego relacji za takie zachowanie otrzymał dziesięć uderzeń w podeszwy stóp. Mówił również o karach za jedzenie ziemniaków przeznaczonych dla świń. Głód miał być tak dotkliwy, że chłopcy próbowali zdobywać jedzenie nawet w ten sposób.
W czasie procesu zeznawano także o zamykaniu Winklera w piwnicy i przykuwaniu go ciężkim łańcuchem. Inni wychowankowie opowiadali, że widzieli go w areszcie w takim stanie, iż nie mógł ani swobodnie usiąść, ani położyć się na podłodze.
Breithaupt przyznawał, że Winkler był zamykany w piwnicy, ale zaprzeczał, by przez sześć dni otrzymywał wyłącznie chleb i wodę oraz by był wówczas przykuty ciężkim łańcuchem. Twierdził też, że ciężki łańcuch został wypożyczony dopiero później, po tym, jak Winkler miał grozić próbą samobójczą.
W czasie procesu sąd odtworzył sposób krępowania wychowanka przy użyciu łańcucha. Był to jeden z tych momentów rozprawy, w których zeznania nie ograniczały się do słów – sąd mógł zobaczyć, jak wyglądało skrępowanie i jak bardzo ograniczało możliwość poruszania się.
Bünger – słaby siedemnastolatek i 150 uderzeń
Kolejnym wychowankiem, którego zeznania zapisały się w relacji z procesu, był siedemnastoletni Bünger. Opisywano go jako chłopca drobnego i bardzo słabego fizycznie.
Według jego relacji po jednej z ucieczek został szybko sprowadzony z powrotem do Mielżyna. Breithaupt miał wówczas uderzać go grubym kijem po głowie i rękach, a następnie zarządzić wymierzenie dwustu uderzeń.
Bünger zeznał, że otrzymał najpierw siedemdziesiąt pięć uderzeń. Kiedy błagał, aby przerwano karę, ponieważ nie był już w stanie jej wytrzymać, zamknięto go w celi i skrępowano w taki sposób, że nie mógł ani stać, ani leżeć. Przez dwie noce miał otrzymywać tylko chleb i wodę.
Po tym czasie ponownie wyprowadzono go na karę i wymierzono mu kolejne siedemdziesiąt pięć uderzeń. Pozostałe uderzenia – jak miał powiedzieć inspektor Engel – darowano mu.
Następnie Bünger został skierowany do kolumny karnej i musiał chodzić z kajdaną na nodze. Kiedy pewnego dnia usiadł podczas obierania ziemniaków, miał otrzymać kolejne pięćdziesiąt uderzeń.
Podczas procesu jego zeznaniom towarzyszyły duże emocje. Chłopiec mówił o wydarzeniach z płaczem. Nauczyciel Wendler potwierdził natomiast, że był zapraszany przez Breithaupta do oglądania kar. Po jednej z nich powiedział kierownikowi, że jego zachowanie świadczy o strasznej znieczulicy. Breithaupt miał mu odpowiedzieć, że jeśli człowiek zobaczy takie sceny kilka razy, przyzwyczaja się do nich.
Preußer – kara mimo wcześniejszego złamania
Szczególnie poważny był również przypadek wychowanka Preußera.
Według przedstawionego podczas procesu przebiegu wydarzeń chłopiec miał powiedzieć innemu wychowankowi, Audersowi, że jeśli następnego dnia otrzymają czyste spodnie, spróbują uciec. Informacja dotarła do Breithaupta, który zarządził wymierzenie Preußerowi stu uderzeń.
Karę mieli wykonywać Engel, Wrobel i Wendland. Dwaj wychowankowie, Bünger i Piatkowski, zostali zobowiązani do przytrzymywania chłopca.
Po pierwszym uderzeniu Preußer miał podskoczyć i powiedzieć, że nie wolno go dalej bić, ponieważ ma złamanie. Został jednak siłą ponownie położony na stołku i karę kontynuowano. Według zeznań upadł na ziemię, po czym ponownie go podniesiono i dalej bito pejczami.
Wrobel miał dodatkowo uderzać go gumowym kijem po łydkach i podeszwach stóp, gdy chłopiec próbował się wyrywać.
Po zakończeniu kary Preußer został zamknięty w pomieszczeniu aresztowym na poddaszu, gdzie przykuto go ciężkim łańcuchem do pierścienia w ścianie. Nie mógł położyć się na podłodze. Przez trzy dni miał przebywać w skrępowaniu, otrzymując tylko chleb i wodę. Przez pewien czas również podczas pracy musiał nosić ciężki łańcuch oprócz zwykłej kajdany na nodze.
Podczas rozprawy pokazywał sądowi ślady na kostkach, które – jak twierdził – pozostały po skrępowaniu. Utrzymywał, że otrzymał dwieście uderzeń, podczas gdy Breithaupt zaprzeczał tak wysokiej liczbie.
W toku przesłuchania prokurator przypomniał, że Preußer doznał w marcu 1909 roku złamania kości udowej. Breithaupt odpowiedział, że o tym nie wiedział.
To zeznanie miało szczególne znaczenie, ponieważ wskazywało, że kara mogła zostać wymierzona chłopcu, który wcześniej doznał poważnego urazu. Relacja Friedländera podaje również, że kilku innych wychowanków potwierdzało zeznania Preußera.
Bicie przy pracy i za drobne przewinienia
Z zeznań wychowanków wynikało, że kary nie były zarezerwowane wyłącznie dla prób ucieczki czy poważniejszych przewinień. Uderzenia wymierzano również za zachowania, które w normalnych warunkach powinny kończyć się zwykłym upomnieniem.
Winkler opowiadał o karze za siadanie podczas obierania ziemniaków. Podobne sytuacje pojawiały się w zeznaniach innych chłopców. Wulf miał otrzymać osiemdziesiąt uderzeń za znaleziony przy nim kawałek dłuta, który – zdaniem kierownictwa – mógł służyć do uwolnienia się z kajdan. Później miał otrzymać kolejne pięćdziesiąt uderzeń za siadanie podczas obierania ziemniaków.
Inny wychowanek, Clemens, opowiadał o karze za zerwanie cebuli z grządki, którą chciał położyć na kanapce. Według jego zeznań Breithaupt wymierzył mu dwadzieścia pięć uderzeń, a gdy chłopiec nie potrafił wyjaśnić, dlaczego został pobity, Engel miał dołożyć kolejne dwadzieścia pięć.
Wychowanek Ehrlich opowiadał z kolei o złamaniu kości śródstopia. Według jego relacji po kilku dniach musiał wrócić do pracy, mimo że nadal odczuwał ból. Nie zgłaszał dolegliwości, ponieważ obawiał się kolejnej kary za odmowę wykonywania poleceń.
Te historie pokazują, że strach przed karą mógł wpływać nie tylko na zachowanie chłopców, ale także na ich gotowość do zgłaszania choroby i urazów.
Auders i Mauthe – świadectwa brutalnego traktowania
Wśród wychowanków zeznających przed sądem znalazł się również Auders. Jego relacja dotyczyła zarówno kar za ucieczkę, jak i kolejnych pobić. Opowiadał o pięćdziesięciu uderzeniach wymierzonych po powrocie do zakładu. W jednym z przypadków świadek Rietz miał naliczyć siedemdziesiąt jeden uderzeń.
Auders nie przedstawiał jednak Breithaupta wyłącznie jako człowieka, który zawsze zachowywał się źle. Przyznał, że zdarzały się również chwile, kiedy kierownik był dla chłopców życzliwy, zabierał ich na wycieczki i potrafił zachowywać się przyjaźnie. Ta część zeznania jest ważna, ponieważ pokazuje, że relacje wychowanków nie były jednolite i nie sprowadzały się do prostego podziału na osoby bezwzględnie potępiające kierownika i jego obrońców.
W aktach procesu znalazła się także relacja dotycząca Mauthego. Według zeznań chłopiec miał zostać przywiązany do drzewa i brutalnie pobity. Wrobel wcześniej opowiadał o słowach, które Breithaupt miał wypowiedzieć podczas tej kary: „Niech zdycha jak pies!”. Później wycofywał tę wypowiedź, ale inny świadek, Riemschneider, podtrzymywał relację o podobnie brutalnych słowach.
Mauthe zeznawał, że podczas zdarzenia Breithaupt od razu go zaatakował. Jeden z ciosów trafił go w twarz i spowodował krwawienie. Po chwili bicia siostra Olga miała zasugerować odwrócenie chłopca na drugą stronę, po czym uderzenia miały być zadawane również po plecach.
W tej sprawie trzeba zachować ostrożność: poszczególne szczegóły pochodzą z zeznań i nie wszystkie zostały potwierdzone w jednakowym stopniu. Sam fakt, że relacja Mauthego była przedmiotem postępowania, pokazuje jednak, jak poważne zarzuty stawiano kierownictwu zakładu.
Świadkowie spoza zakładu
Ważną częścią procesu były zeznania osób, które nie należały do grona wychowanków. Dzięki nim można było skonfrontować opowieści chłopców z obserwacjami pracowników, lekarzy i osób z zewnątrz.
Jednym z takich świadków był murarz Ibrand, który pracował przy przebudowie budynków zakładu. Zeznał, że słyszał i widział bicie, a także rozmawiał z innymi robotnikami o tym, co działo się w placówce.
Opisał między innymi sytuację, w której chłopiec musiał położyć się na poręczy schodów, a Breithaupt uderzył go kijem dwadzieścia do dwudziestu pięciu razy. Kierownik przyznał, że taka kara mogła mieć miejsce. Wyjaśniał jednak, że chłopiec, Ehrlich, miał wcześniej dopuścić się niewłaściwego zachowania wobec innego wychowanka.
Istotne były również zeznania nauczyciela Wendlera. Breithaupt zapraszał go do oglądania kar. Według Wendlera początkowo kierownik pozwalał wychowankom obserwować wymierzanie kar, aby miało to działać odstraszająco. Później uznał, że wystarczy, jeśli chłopcy będą słyszeli krzyki karanych kolegów.
Wendler opowiadał, że po jednej z obserwowanych kar powiedział Breithauptowi, iż jego postępowanie jest przejawem strasznej znieczulicy. Odpowiedź kierownika miała być szczególnie wymowna: po wielokrotnym oglądaniu takich scen człowiek się do nich przyzwyczaja.
Zeznawał także lekarz powiatowy z Witkowa, dr Böhnke. Miał usłyszeć od Breithaupta słowa: „Bez bicia się nie obejdzie!”. Lekarz sprzeciwiał się takiemu sposobowi postępowania. Badał również Winklera w lipcu 1909 roku i stwierdził na jego ciele niebieskie oraz zielonkawe pręgi, obrzęki i inne ślady, które wskazywały na przemoc.
Ważne były również zeznania Riemschneidera. Przyznał, że chłopcom przez dłuższy czas podawano wyłącznie chleb i wodę. Zdarzało mu się z litości oddawać im własne śniadanie, co wywoływało niezadowolenie Breithaupta. Twierdził przy tym, że pracownicy nie mogli samodzielnie decydować o ograniczeniu posiłków, lecz wykonywali polecenia kierownika.
Głód jako narzędzie dyscypliny
W relacjach z procesu powracał temat ograniczania jedzenia. Nie chodziło wyłącznie o pojedyncze przypadki pominięcia posiłku, ale o dłuższe okresy, podczas których wychowankowie mieli otrzymywać jedynie chleb i wodę.
W zeznaniach pojawiały się okresy kilkunastu dni, a w niektórych relacjach nawet dłuższe. W przypadku Graske mowa była o dwunastu dniach takiego żywienia. Preußer opowiadał o trzech dniach w areszcie, a Riemschneider potwierdzał, że ograniczenia żywnościowe stosowano wielokrotnie.
Głód wpływał na codzienne życie chłopców. W jednej z relacji pojawiła się sytuacja, w której wychowanek próbował jeść ziarno przeznaczone dla zwierząt. Inni próbowali zdobywać ziemniaki przeznaczone dla świń. Za takie zachowanie groziły kolejne kary.
W ten sposób jedzenie, które powinno być podstawową potrzebą i obowiązkiem opiekującej się instytucji, stawało się narzędziem dyscyplinowania wychowanków.
Kajdany, piwnica i kolumna karna
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów opisów zakładu w Mielżynie były kajdany. Wychowankowie opowiadali o lekkich kajdanach zakładanych na nogi, ale również o ciężkim łańcuchu, którego koniec mocowano do pierścienia w ścianie.
Skrępowanie miało uniemożliwiać swobodne poruszanie się, a w niektórych przypadkach także położenie się na podłodze. Wychowankowie opisywali pomieszczenia aresztowe jako ciemne, zimne i pozbawione podstawowych wygód. W relacjach pojawiała się piwnica starego domu, a później również cela na poddaszu i pomieszczenie aresztowe w spichlerzu.
W surowszych przypadkach chłopcy mieli spać na gołej podłodze, bez koca. Niektórzy pozostawali w areszcie przez wiele dni. Wychodzili z niego głównie po to, aby załatwić potrzeby fizjologiczne. Nie mieli normalnego dostępu do spacerów ani swobody poruszania się.
Szczególnie dotkliwe było połączenie aresztu z kajdanami i ograniczeniem jedzenia. Chłopiec mógł być jednocześnie pozbawiony możliwości położenia się, skazany na siedzenie w niewygodnej pozycji i żywiony wyłącznie chlebem oraz wodą.
Niektórzy wychowankowie trafiali również do kolumny karnej. Była to grupa chłopców wykonujących pracę pod szczególnie surowym nadzorem. W zeznaniach pojawiały się opisy pracy w kajdanach, również w mokrym błocie na polach.
Takie traktowanie trudno uznać za zwykłe środki dyscyplinarne. Właśnie dlatego podczas procesu tak duże znaczenie miały relacje dotyczące sposobu krępowania, czasu przebywania w areszcie i warunków, w jakich chłopcy musieli pracować.
Chłopcy musieli słuchać krzyków kolegów
Przemoc w zakładzie nie dotyczyła wyłącznie bezpośrednio karanych wychowanków. Z relacji Wendlera i innych świadków wynikało, że Breithaupt wykorzystywał również obecność pozostałych chłopców jako element odstraszania.
Początkowo wychowankowie mieli obserwować wymierzanie kar. Później kierownik uznał, że nie muszą już widzieć całej sceny – wystarczy, jeśli będą słyszeć krzyki karanych kolegów.
Oznaczało to, że strach miał oddziaływać na całą grupę. Każdy wiedział, co może spotkać go za nieposłuszeństwo, próbę ucieczki czy nawet drobne przewinienie. Wychowankowie nie musieli być bezpośrednio bici, aby odczuwać skutki takiego systemu.
W czasie procesu jeden ze świadków opowiadał również o biciu po podeszwach stóp. Była to szczególnie bolesna forma kary, która pojawiała się w kilku relacjach. Wspominano o niej między innymi w zeznaniach Winklera i Preußera, a także w przypadku Schwarzenberga.
Ten ostatni twierdził, że podczas jednej z kar otrzymał pięćdziesiąt uderzeń na pośladki, a następnie kolejne trzydzieści do czterdziestu po podeszwach stóp. Oskarżeni częściowo zaprzeczali jego wersji wydarzeń, ale przyznawali, że używano wobec niego gumowych pałek, tłumacząc to obawą przed buntem wychowanków.
Jak ujawniono sprawę?
Wydarzenia w Mielżynie przez pewien czas pozostawały poza szerszą opinią publiczną. Chłopcy byli odizolowani od swoich wcześniejszych środowisk, a placówka znajdowała się z dala od Berlina. Nie oznaczało to jednak, że nikt nie wiedział o stosowanych karach.
Pracownicy budowlani słyszeli krzyki, niektórzy widzieli bicie, a wśród wychowanków krążyły opowieści o surowym traktowaniu. Nie wszystkie te informacje docierały jednak do osób odpowiedzialnych za nadzór nad zakładem.
Przełom nastąpił w lipcu 1909 roku, kiedy berliński dziennik „Vorwärts” opublikował informacje o brutalnym traktowaniu wychowanków w Mielżynie. Doniesienia prasowe wywołały reakcję władz i doprowadziły do kontroli.
Pastor Matthies, który wcześniej nie słyszał o poważnych nadużyciach, przesłuchiwany później jako świadek opowiadał, że po publikacji zwrócił się do Breithaupta z pytaniami o przedstawione zarzuty. Kierownik miał odpowiedzieć: „To, co się wydarzyło, mogę wziąć na siebie”.
Matthies przyznał, że wcześniej nie docierały do niego skargi na nadmierne kary. Podkreślał również, że Breithaupt potrafił zachowywać się wobec chłopców przyjaźnie. W jego ocenie nie wszystkie informacje opublikowane w gazecie wydawały się początkowo wiarygodne.
Po ujawnieniu sprawy przeprowadzono kontrole, a Berlin wycofał wychowanków. Breithaupt i część pracowników zostali odsunięci od obowiązków. Ostatecznie zakład zamknięto.
Mielżyn na łamach ówczesnej prasy
Sprawa zakładu szybko stała się tematem publikacji prasowych. Pierwsze doniesienia „Vorwärts” z lipca 1909 roku zapoczątkowały publiczną dyskusję o tym, co działo się w placówce.
Informacje o Mielżynie pojawiły się również w polskojęzycznej prasie. W sierpniu 1909 roku pisały o nich między innymi „Polak” i „Nowiny Raciborskie”. Temat podjęła także „Gazeta Lwowska”, publikując 4 sierpnia tekst zatytułowany „Związek kobiet niemieckich – Zakład przymusowo-wychowawczy w Mielżynie”.
W grudniu 1910 roku, kiedy w Berlinie trwał proces, kolejne relacje zamieszczała prasa. O sprawie informował między innymi „Górnoślązak”. Czytelnicy mogli dowiedzieć się o zeznaniach wychowanków, karach cielesnych, kajdanach, zamykaniu w piwnicy i sposobach traktowania chłopców.
Trzeba jednak rozróżnić dwa rodzaje przekazów. Artykuły z 1909 roku informowały o ujawnianych wówczas zarzutach i reakcjach na nie. Natomiast publikacje z grudnia 1910 roku opisywały przebieg procesu, w tym zeznania składane przed sądem. Nie należy więc wszystkich szczegółów znanych z późniejszej relacji sądowej przypisywać gazetom z pierwszych dni skandalu.
Szczególnie obszerny materiał pozostawił Hugo Friedländer, który opisał proces w książce Interessante Kriminal-Prozesse von kulturhistorischer Bedeutung, wydanej w Berlinie w 1911 roku. Jego relacja obejmuje przebieg rozprawy, zeznania świadków, wyjaśnienia oskarżonych, wystąpienia prokuratorów i obrońców oraz wyrok.
Proces w Berlinie – świadkowie opowiadają o Mielżynie
W grudniu 1910 roku przed Sądem Krajowym Berlin III rozpoczął się proces dotyczący wydarzeń w zakładzie w Mielżynie. Rozprawa trwała niemal dwa tygodnie. Przesłuchano wielu byłych wychowanków, a także pracowników placówki, lekarzy, osoby związane z nadzorem i świadków z zewnątrz.
Przewodniczącym składu sędziowskiego był dr Gockel. Oskarżonym przewodził Friedrich Breithaupt, a wśród pozostałych znaleźli się między innymi Engel, Wrobel i Wendland. W procesie występowali również Riemschneider, Schüler, Lang, Brosinsky i Habedank.
Zeznania wychowanków były często bardzo szczegółowe. Opowiadali o liczbie uderzeń, sposobie ich wymierzania, kajdanach, areszcie, głodzie i pracy. Niektórzy pokazywali sądowi blizny i ślady po skrępowaniu. Inni odtwarzali sposób, w jaki byli przykuci do ściany.
Oskarżeni nie zgadzali się z wieloma relacjami. Breithaupt przedstawiał chłopców jako trudnych, nieposłusznych i skłonnych do ucieczek. Twierdził, że musiał utrzymywać dyscyplinę, a jego działania wynikały z poczucia obowiązku. Zaprzeczał również, aby część kar miała przebiegać w sposób opisany przez wychowanków.
Obrona wskazywała na niedokończony stan zakładu, brak odpowiedniego personelu i trudności w pracy z młodzieżą kierowaną z Berlina. Podnoszono również, że Breithaupt nie miał świadomości, iż przekracza granice prawa.
Inaczej oceniał sytuację prokurator dr Reiner. W swoim wystąpieniu zwracał uwagę na brak przygotowania kierownika i jego pomocników, nieprawidłową organizację placówki oraz stosowanie kar niezgodnych z obowiązującymi zasadami.
Jeszcze ostrzej wypowiadał się adwokat dr Kurt Rosenfeld, reprezentujący stronę oskarżycielską. Krytykował nie tylko samego Breithaupta, ale również brak odpowiedniego nadzoru nad zakładem. W jego ocenie kierownik od początku opierał wychowanie na surowości i biciu, a instytucje odpowiedzialne za funkcjonowanie placówki nie dopilnowały, by powierzono ją właściwym osobom.
Wyrok – odpowiedzialność kierownika i jego pomocników
Po zakończeniu postępowania dowodowego sąd uznał, że w Mielżynie dochodziło do poważnych nadużyć. W uzasadnieniu przyjął, że Breithaupt w wielu przypadkach sam wymierzał kary, a w innych zlecał ich wykonanie podległym pracownikom.
Sąd uznał go winnym pięciu przypadków niebezpiecznego uszkodzenia ciała, dwudziestu siedmiu przypadków podżegania do niebezpiecznego uszkodzenia ciała oraz jednego przypadku pozbawienia wolności. Wymierzono mu karę ośmiu miesięcy więzienia i grzywnę w wysokości 990 marek.
Inspektor Engel został skazany na trzy miesiące więzienia i 460 marek grzywny. Wrobel otrzymał miesiąc więzienia i 130 marek grzywny. Wendland został skazany na miesiąc więzienia, natomiast Schüler i Lang otrzymali grzywny po 30 marek. Riemschneider został skazany na 50 marek grzywny. Brosinsky i Habedank zostali uniewinnieni.
Sąd nie przyjął więc wszystkich zarzutów w takim zakresie, w jakim przedstawiała je prokuratura, ale potwierdził odpowiedzialność głównych oskarżonych za liczne przypadki przemocy.
W uzasadnieniu podkreślono, że prawo do karcenia wychowanków nie oznaczało prawa do dowolnego bicia. Używanie pejczy, kijów i innych niebezpiecznych narzędzi w opisany sposób przekraczało granice dopuszczalnej kary. Sąd zwrócił uwagę na szczególną brutalność niektórych przypadków, między innymi dotyczących Mauthego i Rupperta.
Uwzględniono również okoliczności łagodzące: brak przygotowania Breithaupta do pełnienia funkcji, nieukończoną organizację zakładu i trudności związane z zachowaniem części wychowanków. Nie usprawiedliwiały one jednak stosowania przemocy.
Co pozostało po zakładzie w Mielżynie?
Historia zakładu z 1909 roku jest jednym z najbardziej ponurych epizodów w dziejach Mielżyna na początku XX wieku. Placówka, która miała zapewnić młodym ludziom opiekę i wychowanie, stała się miejscem, w którym stosowano brutalne kary, ograniczano jedzenie, krępowano wychowanków i zamykano ich w niewłaściwych warunkach.
Nie wszyscy chłopcy opisywali pobyt w Mielżynie wyłącznie źle. Niektórzy przyznawali, że jedzenie było dobre, zdarzały się wycieczki, a kierownik potrafił być życzliwy. Nie zmienia to jednak obrazu przemocy, który wyłonił się z procesu. W wielu relacjach powtarzały się te same elementy: bicie pejczem, kajdany, ciemne pomieszczenia, głód i strach przed kolejną karą.
Ważne jest również to, że o sprawie nie opowiadają wyłącznie sami wychowankowie. Część wydarzeń potwierdzali pracownicy, nauczyciel, lekarz i osoby zatrudnione przy budowie zakładu. Niektóre zarzuty przyznawali także sami oskarżeni, choć często przedstawiali je w innym świetle i kwestionowali najdrastyczniejsze szczegóły.
Dzięki zachowanej relacji Hugo Friedländera możemy dziś odtworzyć wiele fragmentów tej historii – nie tylko sam wyrok, ale również głosy chłopców, którzy stanęli przed berlińskim sądem i opowiedzieli o tym, co spotkało ich w Mielżynie.
Dla mieszkańców miejscowości jest to historia trudna, ale ważna. Pokazuje, że również niewielki Mielżyn znalazł się kiedyś w centrum wydarzeń, które poruszyły opinię publiczną w całych Niemczech i poza ich granicami. Przypomina także, że za nazwą zakładu opiekuńczo-wychowawczego kryły się konkretne ludzkie losy – młodych chłopców, którzy mieli otrzymać pomoc, a zamiast niej doświadczyli przemocy.
Źródła i literatura
- Hugo Friedländer, Die Vorkommnisse in der Fürsorgeanstalt Mieltschin. Die Züchtigungen des „Pastors“ Breithaupt, [w:] Interessante Kriminal-Prozesse von kulturhistorischer Bedeutung, t. IV, Hermann Barsdorf, Berlin 1911, s. 224–298.
- Wojciech Ziółkiewicz, „Niemieckie »dzieci państwowe« (Staatskinder) wyznania ewangelickiego w kolonizacji wschodnich prowincji państwa pruskiego. Sierociniec w Ruchocinie/Mielżynie 1899–1918”, Historia Slavorum Occidentis, 2024, nr 2 (41), s. 187–208.
- „Vorwärts”, lipiec 1909 r. – doniesienia o nadużyciach w zakładzie wychowawczym w Mielżynie.
- „Polak”, 4 sierpnia 1909 r.
- „Nowiny Raciborskie”, 5 sierpnia 1909 r.
- „Gazeta Lwowska”, 4 sierpnia 1909 r., „Związek kobiet niemieckich – Zakład przymusowo-wychowawczy w Mielżynie”.
- „Górnoślązak”, 20 grudnia 1910 r. – relacja z procesu w Berlinie.