Zabójstwo gospodarza Szwabińskiego w Żelazkowie.
Tajemnicza zbrodnia i proces 18-letniego Mariana Hybzy
Zbrodnia w grudniu 1928 roku
5 grudnia 1928 roku w Żelazkowie doszło do zabójstwa, które przez wiele miesięcy pozostawało jedną z głośniejszych spraw kryminalnych w okolicy Gniezna.
Ofiarą był 35-letni Józef Szwabiński, właściciel dużego gospodarstwa w Żelazkowie. Prowadził gospodarstwo o powierzchni około 77 mórg, a ponadto dzierżawił dalsze 20–30 mórg ziemi. W gospodarstwie pomagała mu siostra Wiktoria Szwabińska, a także krewni, wśród których znajdował się jego siostrzeniec 18-letni Marian Hybza z Gniezna. Hybza od około trzech lat pracował u wuja jako robotnik.
W dniu tragedii Szwabiński wyjechał na rowerze w kierunku Jankowa Dolnego, gdzie miał pomagać przy naprawie pompy. Wieczorem wracał do swojego gospodarstwa. Po drodze zatrzymał się jeszcze w Gnieźnie, gdzie w sklepie Galantowicza przy ulicy Warszawskiej kupił tłuszcz. Około godziny 19.00 zbliżał się już do domu.
W gospodarstwie znajdowali się wówczas jego siostra Wiktoria, 17-letnia siostrzenica Anna Grządzielska oraz Marian Hybza.
Strzał przed domem
Według relacji świadków w pewnym momencie Hybza miał zauważyć światło latarni rowerowej zbliżającego się wuja. Wyszedł na podwórze, po czym wrócił do domu. Niedługo później ponownie opuścił kuchnię, tłumacząc, że chce zamknąć drzwi od stajni.
Wtedy padł strzał.
Domownicy usłyszeli również wołanie Szwabińskiego:
„Maryś, Maryś!”
Po chwili Hybza miał wrócić do mieszkania i oznajmić, że wuj został postrzelony. Wraz z Wiktorią Szwabińską wyszedł przed dom. Szwabińskiego znaleziono leżącego przy furtce, obok porzuconego roweru. Był już śmiertelnie ranny.
Sekcja zwłok wykazała, że kula przebiła tętnicę po lewej stronie szyi, następnie przeszła przez klatkę piersiową i zatrzymała się przy żebrze poniżej łopatki. Obrażenie spowodowało niemal natychmiastową utratę przytomności, a po kilku minutach śmierć.
Opóźnione zawiadomienie policji
Pierwsze czynności śledcze zostały utrudnione przez wyjątkowo późne zawiadomienie policji.
Według relacji prasowej posterunek Policji Państwowej w Żydowie został powiadomiony dopiero kilka godzin po zdarzeniu. Policjanci przybyli na miejsce około godziny 2 w nocy, natomiast funkcjonariusze Wydziału Śledczego z Gniezna pojawili się dopiero rano.
W międzyczasie padał deszcz, dlatego – jak zauważyła później prasa – odnalezienie ewentualnych śladów pozostawionych przez sprawcę było już bardzo utrudnione.
Rewolwer ukryty pod słomą
Jednym z najważniejszych elementów śledztwa stała się broń.
W czasie rewizji przeprowadzonej w gospodarstwie Szwabińskiego znaleziono rewolwer systemu Nagant. Broń miała być ukryta pod słomą. Co istotne, miejsce jej przechowania miał wskazać sam Hybza. Według śledczych była to broń, z której po zabójstwie oddawał on jeszcze dwa strzały, gdy biegł na wieś w celu wezwania pomocy.
Nie było jednak pełnej zgodności ekspertów co do tego, czy kula wydobyta z ciała Szwabińskiego została wystrzelona właśnie z tego rewolweru. Jeden z rzeczoznawców – wojskowy – stwierdził, że nie można tego ustalić z absolutną pewnością. Drugi, cywilny rzeczoznawca-rusznikarz, był natomiast zdania, że kula mogła pochodzić wyłącznie z broni tego systemu.
Ta rozbieżność miała później ogromne znaczenie podczas procesu.
Podejrzenie padło na siostrzeńca
Śledczy zaczęli podejrzewać Mariana Hybzę. Jednym z powodów była jego obecność w gospodarstwie w chwili zabójstwa oraz zachowanie bezpośrednio przed i po oddaniu strzału.
Szczególne znaczenie miały zeznania Anny Grządzielskiej i Wiktorii Szwabińskiej. Kobiety twierdziły, że Hybza wyszedł z domu w chwili poprzedzającej strzał.
Jednocześnie sprawa od początku miała poważną zagadkę: nie ustalono wyraźnego motywu zabójstwa.
Hybza pracował u wuja, a według materiału przedstawionego podczas procesu nie istniał oczywisty konflikt dotyczący gospodarstwa. Podział majątku po Szwabińskim miał być zresztą wcześniej uregulowany.
Proces przed Sądem Okręgowym w Gnieźnie
Rozprawa rozpoczęła się w czerwcu 1929 roku przed zwiększonym wydziałem karnym Sądu Okręgowego w Gnieźnie.
Na ławie oskarżonych zasiadł 18-letni Marian Hybza. Przewodniczył sędzia Daszyński, oskarżał prokurator Misiurewicz, a obronę z urzędu prowadził mecenas Józewicz. Przesłuchano liczne grono świadków oraz dwóch rzeczoznawców-rusznikarzy.
Drugiego dnia procesu sąd udał się również na wizję lokalną do Żelazkowa, aby odtworzyć przebieg wydarzeń i ustalić, z którego miejsca mógł paść śmiertelny strzał.
Prokurator: wszystkie poszlaki prowadzą do Hybzy
Prokuratura wskazywała przede wszystkim na zachowanie oskarżonego po zabójstwie.
Za obciążające uznano m.in. ukrycie rewolweru, późniejsze wskazanie miejsca jego przechowania oraz fakt, że z tej samej broni Hybza miał po zabójstwie oddać jeszcze dwa strzały.
Prokurator powoływał się również na opinię jednego z rzeczoznawców dotyczącą kuli oraz na zeznania kobiet obecnych w gospodarstwie.
Podczas procesu przytoczono również słowa, które Hybza miał wypowiedzieć w związku ze śmiercią wuja:
„Kto to teraz dostanie gospodarstwo, pewnie Grządzielska, bo wuja ją najwięcej lubił”.
Prokurator uznał tę wypowiedź za istotną poszlakę. Żądał dla oskarżonego 15 lat więzienia, z uwzględnieniem jego młodego wieku.
Obrona: brak bezpośredniego dowodu
Obrona przedstawiła zupełnie inną interpretację wydarzeń.
Mecenas Józewicz podkreślał, że w sprawie nie ma bezpośredniego dowodu wskazującego, że to Hybza oddał śmiertelny strzał. Zwracał uwagę na sprzeczności w zeznaniach świadków oraz na zmianę niektórych szczegółów ich relacji w toku śledztwa.
Kwestionował również znaczenie ukrycia rewolweru. Według obrońcy młody Hybza mógł ukryć broń nie dlatego, że był mordercą, lecz dlatego, że obawiał się konsekwencji posiadania nielegalnej broni.
Obrona zwracała także uwagę na brak motywu i rozbieżne opinie ekspertów dotyczące kuli.
W ostateczności mecenas Józewicz wnosił o uniewinnienie Hybzy, ewentualnie o zakwalifikowanie czynu jako zabójstwa nieumyślnego.
Sześć lat więzienia
Po zakończeniu przewodu sądowego sąd udał się na naradę. Trwała ona około półtorej godziny.
Ostatecznie Marian Hybza został uznany za winnego zabójstwa i skazany na 6 lat więzienia, przy zastosowaniu przepisów dotyczących młodocianego wieku oskarżonego.
Hybza przyjął wyrok spokojnie.
Sprawa, która pozostała pełna niewiadomych
Proces nie rozwiał wszystkich wątpliwości. Przeciwnie – zachowane relacje prasowe pokazują sprawę jako niezwykle skomplikowaną.
Nie udało się jednoznacznie ustalić motywu zbrodni. Opinie dotyczące broni nie były zgodne, a część zeznań świadków była przedmiotem ostrej polemiki między prokuratorem a obrońcą.
Ostateczny wyrok przesądził o odpowiedzialności Mariana Hybzy, jednak zachowane relacje z procesu pozwalają współczesnemu czytelnikowi zobaczyć również argumenty obu stron. Jest to jeden z ciekawszych przykładów przedwojennej sprawy kryminalnej związanej bezpośrednio z mieszkańcami i gospodarstwami Żelazkowa.
Źródła
Podstawowym źródłem do odtworzenia sprawy są relacje „Lecha. Gazety Gnieźnieńskiej” z czerwca 1929 roku, opisujące kolejne dni procesu oraz wizję lokalną w Żelazkowie. Zachowane egzemplarze prasy znajdują się w zbiorach bibliotek cyfrowych.
Wykorzystano również wcześniejsze relacje prasowe z grudnia 1928 roku, publikowane bezpośrednio po zabójstwie.
„Lech. Gazeta Gnieźnieńska”, 1929, R. 31, nr 133, 12 czerwca 1929 r. – relacja z procesu Mariana Hybzy.
„Lech. Gazeta Gnieźnieńska”, 1928, grudzień – pierwsze informacje o zabójstwie Józefa Szwabińskiego w Żelazkowie.
- Obraz do artykułu powstał z wykorzystaniem narzędzi opartych na sztucznej inteligencji.