water-lily-g4b1b45a7e_640

05-czerwiec-1895 rok.

Na skraju wsi, przy drodze prowadzącej do górnej części Mielżyna, zwanej przez mieszkańców po prostu „górką”, znajduje się staw. Nad jego wodą pochylają się stare wierzby, których gałęzie od dawna przeglądają się w spokojnej tafli. Z tym miejscem wiąże się jednak opowieść o tragedii, którą starsi mieszkańcy przekazywali sobie przez pokolenia.

Wspomnienia były jednak niejasne. Mówiono jedynie, że w stawie utonęło kilka kobiet – jedni twierdzili, że dwie, inni że nawet sześć. W pamięci ludzi zachowała się również informacja, że jedna z ofiar była w ciąży. Z biegiem lat szczegóły wydarzenia zatarły się niemal całkowicie. Dopiero sięgając do gazet z końca XIX wieku, można spróbować odtworzyć przebieg tamtych dramatycznych chwil.

Pod koniec XIX wieku majątek w Mielżynie należał do rodziny Bilażewskich, pochodzących z Miłosławic koło Mieściska. Folwark położony był w pobliżu miasteczka Mielżyn, niedaleko niewielkiej rzeczki zwanej Strugą.

W środę, 5 czerwca 1895 roku, w ciepły i słoneczny dzień, grupa kobiet pracujących w folwarku udała się nad pobliski staw. Pędziły ze sobą stado owiec, które należało przygotować do strzyżenia. Przed strzyżą zwierzęta zwykle myto, aby uzyskać czystą wełnę.

W tym celu budowano specjalne drewniane konstrukcje. Owce przepędzano przez wąskie koryta z wodą, a stojące na drewnianym pomoście kobiety myły zwierzęta w trakcie ich przechodzenia. Podobne urządzenie znajdowało się również nad stawem w Mielżynie.

Mapa Mielżyna z przed 1893 roku.

Praca dobiegała już końca, gdy nagle wydarzyło się coś nieprzewidzianego. Drewniana konstrukcja nie wytrzymała ciężaru i zarwała się. Wszystkie znajdujące się na pomoście kobiety wpadły do wody.

O tragedii, która rozegrała się nad stawem, pisała dwa dni później prasa w Wielkim Księstwie Poznańskim. „Dziennik Poznański” z 7 czerwca 1895 roku relacjonował:

„Wielkie nieszczęście wydarzyło się onegdaj w Mielżynie pod Wrześnią przy praniu owiec. Zarwał się bowiem pod kobietami, piorącymi owce, most prowadzący przez staw i wszystkie kobiety wpadły w wodę. Siedem zdołano uratować, natomiast cztery wydobyto z wody nieżywe. Zatonęło także kilka owiec. Śledztwo jest już w biegu.”

Według jednej z gazet krzyki tonących kobiet usłyszał pracujący w pobliżu parobek – mąż jednej z nich. Natychmiast pobiegł na pomoc. Zanim przybyli inni ludzie z folwarku, miał sam wyciągnąć ze stawu cztery kobiety, wśród nich swoją żonę.

Cztery kolejne ciała wydobyto z dna stawu dopiero po około pół godzinie.

Niestety nie był to koniec tragicznego bilansu. W jednej z gazet, które ukazały się kilka dni później, pojawiła się informacja, że jedna z wcześniej uratowanych kobiet zmarła. Oznaczałoby to piątą ofiarę wypadku. Ta sama gazeta wspominała również o jeszcze jednej kobiecie znajdującej się w ciężkim stanie, lecz nie udało się ustalić, czy przeżyła.

Według relacji przekazywanych przez mieszkańców Mielżyna, miejscowy ksiądz – dziś już nieżyjący – twierdził, że ofiar było ostatecznie sześć.

Ostatnia wzmianka odnaleziona w prasie dotyczy pogrzebu. Zmarłe kobiety miały zostać pochowane we wspólnym grobie na cmentarzu w Mielżynie.

Dziś o tragedii sprzed ponad stu lat przypomina już tylko staw i nieliczne opowieści najstarszych mieszkańców wsi.

Bibliografia

1- Dziennik Poznański 1895.06.07. R.37 nr.29.
2-Orędownik 1895.06.08. R.25 nr. 130.
3-Orędownik 1895.06.11. R.25 nr.132.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *