Tragedia przy praniu owiec w Mielżynie.
4 czerwca 1895 roku
Był 4 czerwca 1895 roku. W Mielżynie trwał zwyczajny dzień pracy. Nikt z osób znajdujących się tego dnia nad stawem nie mógł przypuszczać, że za chwilę wydarzy się tragedia, o której kilka dni później będą pisały poznańskie gazety.
W miejscowym stawie prano owce należące do majątku. Do tej pracy wykorzystywano drewnianą konstrukcję ustawioną na palach i biegnącą przez środek zbiornika.
Staw nie był duży. W relacji „Orędownika” podano, że jego powierzchnia wynosiła około 500 metrów kwadratowych. Dla współczesnego czytelnika można to sobie wyobrazić jako powierzchnię zbliżoną do prostokąta o wymiarach około 25 na 20 metrów. Nie oznacza to oczywiście, że staw miał dokładnie taki kształt – jest to jedynie sposób na zobrazowanie jego wielkości.
Tego dnia na drewnianym rusztowaniu znalazły się osoby zajmujące się praniem owiec.
I wtedy konstrukcja nagle się zawaliła.
Chwila, w której wszystko się zmieniło
Relacja „Dziennika Poznańskiego” z 7 czerwca 1895 roku była krótka, ale jej treść mówi bardzo wiele:
w Mielżynie podczas prania owiec załamał się most prowadzący przez staw. Wszystkie znajdujące się na nim kobiety wpadły do wody. Siedem osób zdołano uratować, natomiast cztery wydobyto już martwe. W stawie utonęło także kilka owiec. Gazeta informowała, że rozpoczęto śledztwo.
Kilka dni później „Orędownik” podał znacznie więcej szczegółów.
Według tej relacji w pracy uczestniczyło sześć kobiet i dwie dziewczyny. Na środku stawu znajdowało się rusztowanie zbudowane na palach. Gdy praca była już prawie zakończona, konstrukcja niespodziewanie się zawaliła.
W jednej chwili znajdujący się na niej ludzie znaleźli się w wodzie.
Początkowo – jak relacjonowała gazeta – nie było wiadomo, jak skutecznie prowadzić akcję ratunkową. Dopiero jeden z mężczyzn rzucił się do stawu.
Był to człowiek szczególnie związany z tragedią. Jego własna żona znajdowała się wśród tonących.
Mężczyzna wydobył najpierw dwie kobiety, a następnie kolejne dwie, wśród nich swoją żonę. Nie wszystkich jednak zdołał uratować.
Cztery kobiety odnaleziono później w wodzie już martwe.
Kim były kobiety, które zginęły?
Dziś możemy zrobić coś, czego nie pozwalały zrobić same krótkie notatki prasowe z czerwca 1895 roku.
Dzięki zachowanej księdze zgonów Mielżyna udało się ustalić nazwiska czterech kobiet, które poniosły śmierć bezpośrednio w katastrofie.
Rosalia Zoracka z domu Kowalska
Rosalia Zoracka, z domu Kowalska, miała 39 lat.
Była żoną Kazimierza Zorackiego.
Jej akt zgonu wskazuje na śmierć 4 czerwca 1895 roku w Mielżynie, w związku z tragicznym wydarzeniem nad stawem.
Rosalia była więc jedną z kobiet, które tego dnia nie wróciły już do domu.
Josefa Stefankiewicz
Drugą ofiarą była Josefa Stefankiewicz, lat 30.
Jej nazwisko w rękopiśmiennym akcie zgonu nie było łatwe do odczytania. Ostatecznie indeks księgi potwierdza formę Stefankiewicz.
W akcie znajduje się bardzo ważna informacja dotycząca jej życia:
Josefa Stefankiewicz pozostawała na służbie u Kazimierza Zorackiego.
To szczegół, który pozwala połączyć jej los z Rosalią Zoracką. Rosalia była żoną Kazimierza, a Josefa pozostawała w jego gospodarstwie na służbie.
Jadwiga Orlik
Kolejną ofiarą była Hedwig, czyli Jadwiga Orlik, lat 24.
Z aktu wynika, że była córką:
Józefa Orlika i Marianny Nowackiej.
W dokumencie pojawia się również nazwisko Stanisława Napieralskiego. Jego dokładną rolę w akcie pozostawiamy zgodnie ze źródłem, bez dopisywania niepotwierdzonej relacji rodzinnej.
Jadwiga Orlik była jedną z dwóch młodych, niezamężnych kobiet, które znalazły śmierć w stawie.
Josefa Nowak z domu Banaszyk
Czwartą zidentyfikowaną ofiarą była Josefa Nowak z domu Banaszyk, lat 32.
Była żoną Józefa Nowaka.
Jej rodzicami byli Marcin Banaszak i Tekla Górna.
W jej akcie zgonu pojawia się również nazwa Gorniczki, Kreis Wreschen, czyli Gorniczki w ówczesnym powiecie wrzesińskim.
Także jej śmierć przypada na 4 czerwca 1895 roku i związana jest z tragicznym wydarzeniem w mielżyńskim stawie.
Dwie mężatki i dwie panny
Jest w tej historii jeszcze jedna bardzo ciekawa zgodność.
„Orędownik” w relacji z 11 czerwca 1895 roku podał, że wśród czterech kobiet wydobytych z wody już martwych znajdowały się dwie mężatki i dwie panny.
Akta zgonów pozwalają zestawić ten opis z konkretnymi osobami:
- Rosalia Zoracka z domu Kowalska – mężatka,
- Josefa Nowak z domu Banaszyk – mężatka,
- Josefa Stefankiewicz – panna,
- Jadwiga Orlik – panna.
Zgodność jest uderzająca.
Księga zgonów pozwala więc nie tylko ustalić nazwiska czterech kobiet, ale również bardzo mocno potwierdza, że są to cztery osoby opisane w prasowej relacji jako bezpośrednie ofiary katastrofy.
Tragedia jednego gospodarstwa
W relacji „Orędownika” znajduje się jeszcze jeden szczegół, który szczególnie przejmuje.
Gazeta napisała, że z jednego domu zginęły trzy kobiety – dwie gospodynie i służąca.
Dzięki księdze zgonów możemy dostrzec część tego obrazu.
Jedną z ofiar była Rosalia Zoracka, żona Kazimierza Zorackiego.
Drugą była Josefa Stefankiewicz, która pozostawała u Kazimierza Zorackiego na służbie.
Nie mamy jednak jeszcze wystarczających dowodów, aby z całą pewnością wskazać trzecią kobietę z tego samego gospodarstwa. Dlatego nie będziemy tego dopowiadać.
Być może dalsze poszukiwania dokumentów pozwolą kiedyś rozwiązać również tę zagadkę.
Jedna z kobiet była w ciąży
W tej samej relacji „Orędownik” podał szczegół, który szczególnie mocno zapadł w pamięć.
Jedna z czterech zmarłych kobiet była w stanie błogosławionym.
Nie znamy jednak na podstawie odnalezionych dotąd źródeł pewnej odpowiedzi na pytanie, która z czterech kobiet była w ciąży.
Warto pozostawić tę informację właśnie w takiej formie. Sam fakt został odnotowany przez prasę, natomiast przypisanie go konkretnej osobie wymagałoby dodatkowego dokumentu.
Dla mieszkańców Mielżyna musiało być to szczególnie bolesne: wśród kobiet, które tego dnia poszły do zwykłej pracy, znajdowała się przyszła matka.
Nie wszystkie ofiary zmarły tego samego dnia
Początkowo bilans tragedii przedstawiany w prasie wynosił cztery osoby.
Cztery kobiety wydobyto ze stawu martwe.
Historia jednak na tym się nie kończyła.
„Orędownik” z 8 czerwca 1895 roku podał, że jedna z kobiet, które udało się uratować, później zmarła.
Oznacza to, że pełny bilans tragedii był większy niż liczba kobiet, które utonęły bezpośrednio podczas zawalenia się rusztowania.
Na podstawie odnalezionych relacji możemy więc przyjąć:
cztery kobiety zginęły 4 czerwca 1895 roku, a piąta z uratowanych kobiet zmarła później.
Łącznie tragedia pochłonęła więc pięć ofiar śmiertelnych.
Wspólny grób
Tragedia nie zakończyła się wraz z wydobyciem ciał ze stawu.
W piątek odbył się pogrzeb czterech kobiet znalezionych martwych po katastrofie.
„Orędownik” podał, że wszystkie cztery pochowano w jednym grobie.
Na pogrzeb przybyło bardzo wielu ludzi – zarówno z bliska, jak i z dalszej okolicy.
Relacja gazety mówi o ogromnym płaczu i lamencie.
Był to pogrzeb, który musiał głęboko poruszyć mieszkańców Mielżyna. Cztery kobiety, które jeszcze kilka dni wcześniej wykonywały zwyczajną pracę przy stawie, zostały pochowane razem.
Nie wiemy natomiast, w jaki sposób wyglądały same pochówki od strony technicznej. Źródło mówi o wspólnym grobie, ale nie podaje liczby trumien. Dlatego nie należy tej informacji uzupełniać domysłami.
Tajemnica szóstej ofiary
I tutaj pojawia się jeszcze jedna zagadka.
Źródła prasowe, które udało się odnaleźć, pozwalają ustalić pięć ofiar śmiertelnych całego wydarzenia.
W Mielżynie zachowała się jednak pamięć o sześciu ofiarach.
Taką liczbę miał podawać mieszkańcom Mielżyna ks. Jan Wollschlaeger, wieloletni proboszcz miejscowej parafii.
Skąd wzięła się ta różnica?
Tego dziś nie możemy rozstrzygnąć.
Jedna z możliwości – i trzeba to bardzo wyraźnie podkreślić – jest tylko hipotezą. Być może w późniejszej pamięci jako osobną ofiarę potraktowano również nienarodzone dziecko kobiety będącej w ciąży.
Nie mamy jednak żadnego odnalezionego dotąd dokumentu, który potwierdzałby, że właśnie tak rozumiał liczbę sześciu ofiar ks. Wollschlaeger.
Dlatego pozostaje to jedynie próbą wyjaśnienia rozbieżności między źródłami.
Być może przyszłe poszukiwania archiwalne pozwolą tę zagadkę rozwiązać.
Staw, który pamięta tragedię
Dzisiaj trudno wyobrazić sobie, że niewielki staw o powierzchni około 500 metrów kwadratowych stał się 4 czerwca 1895 roku miejscem tak wielkiego nieszczęścia.
Drewniane rusztowanie ustawione na palach miało służyć zwyczajnej, gospodarskiej pracy.
Wystarczyła jednak chwila.
Konstrukcja się zawaliła.
Ludzie znaleźli się w wodzie.
Rozpoczęła się dramatyczna walka o życie.
Nie wszystkich udało się uratować.
Cztery kobiety – Rosalia Zoracka z domu Kowalska, Josefa Stefankiewicz, Jadwiga Orlik i Josefa Nowak z domu Banaszyk – zginęły tego dnia.
Piąta kobieta, uratowana ze stawu, zmarła później.
A pamięć o tragedii przetrwała w Mielżynie znacznie dłużej niż prasowe notatki z czerwca 1895 roku.
Być może właśnie dlatego po ponad 130 latach wciąż próbujemy odpowiedzieć na pytanie, ile osób naprawdę straciło wtedy życie.
Dokumenty mówią o pięciu.
Późniejsza pamięć parafialna mówi o sześciu.
A odpowiedź na tę ostatnią zagadkę być może wciąż znajduje się gdzieś w archiwach.
Źródła
- „Dziennik Poznański”, 7 czerwca 1895 r., nr 129 – pierwsza odnaleziona relacja o katastrofie w Mielżynie.
- „Orędownik”, 8 czerwca 1895 r., nr 130 – szczegółowa relacja z przebiegu wypadku i informacja o śmierci jednej z uratowanych kobiet.
- „Orędownik”, 11 czerwca 1895 r., nr 132 – opis czterech ofiar, informacja o dwóch mężatkach i dwóch pannach, kobiecie będącej w ciąży, trzech ofiarach z jednego domu oraz wspólnym grobie.
- Księga zgonów USC Mielżyn, 1895 r. – akty zgonów Rosalii Zorackiej z domu Kowalskiej, Josefy Stefankiewicz, Jadwigi Orlik i Josefy Nowak z domu Banaszyk.
- Przekaz parafialny związany z ks. Janem Wollschlaegerem, wieloletnim proboszczem Mielżyna – zachowana informacja o sześciu ofiarach; liczby tej nie udało się dotąd potwierdzić w odnalezionych źródłach z 1895 r.